— Widzę, że temat nadal ten sam — powiedział spokojnie.

— Czyli wy uznaliście, że Lena zostanie matką, a za wszystko zapłacimy my z Igorem?
— A kto niby ma zapłacić? — Maria wyprostowała się, stukając palcami w blat. — Wy jesteście rodziną! Igor ma firmę, ty zarabiasz w internecie. Macie trzy pokoje, nowe auto. Dla was to żaden problem.

Katarzyna siedziała przy kuchennym stole i patrzyła na matkę tak, jakby słyszała ją pierwszy raz w życiu. W mieszkaniu pachniało herbatą i świeżo upieczonym ciastem, ale atmosfera była ciężka jak przed burzą.

— Mamo… powtórz to — powiedziała powoli. — Chcesz, żeby Lena urodziła dziecko… i my mamy za to zapłacić?

Maria wzruszyła ramionami, jakby chodziło o coś zupełnie oczywistego.

— Lena ma 28 lat. Nie ma męża, nie ma pracy. To jedyne rozwiązanie. Klinika już wybrana.

Katarzyna parsknęła krótkim, nerwowym śmiechem.

— Czyli wy planujecie jej życie, a my mamy sfinansować cały ten plan?

— Bo kto, jeśli nie wy? — matka podniosła głos. — Wy sobie dobrze żyjecie! A Lena to rodzina!

W tym momencie coś w Katarzynie pękło. Przypomniała sobie wszystko. Jak w dzieciństwie Lena dostawała nowe ubrania, a ona chodziła w połatanych. Jak ona pracowała od liceum, a siostra „szukała siebie”. Jak zawsze była tą „silną”, która ma pomagać.

Drzwi wejściowe skrzypnęły. Do mieszkania wszedł Igor.

Zmęczony, z torbą w ręku, spojrzał od razu na twarze kobiet.

— Widzę, że temat nadal ten sam — powiedział spokojnie.

Katarzyna od razu poczuła ulgę, jakby ktoś stanął obok niej.

— Twoja teściowa chce, żebyśmy zapłacili za sztuczne zapłodnienie Leny i jej przyszłe utrzymanie.

Igor powoli zdjął kurtkę.

— To może policzmy, ile to kosztuje — powiedział i usiadł przy stole.

Maria zmarszczyła brwi.

— Igorze, nie przesadzaj…

Ale on już wyjął kartkę.

— Klinika, dawczynie, ciąża, poród w prywatnym szpitalu, opieka po porodzie… plus utrzymanie dziecka przez lata.

Słowa spadały spokojnie, jedno po drugim, bez emocji. To właśnie było w nim najgorsze — nie podnosił głosu, tylko odbierał argumenty.

— To są setki tysięcy złotych — zakończył. — A nawet więcej.

— Ale to dziecko! — krzyknęła Maria. — Wasz siostrzeniec!

— To nie znaczy, że mamy je finansować — odpowiedział chłodno. — Jeśli Lena chce dziecka, niech sama na nie zarobi.

Zapadła cisza.

Katarzyna pierwszy raz w życiu powiedziała to głośno:

— Mamo… my nie damy na to pieniędzy.

Maria pobladła.

— Jesteście niewdzięczni.

Wstała tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało.

— Zobaczysz, Katarzyno. Kiedyś będziesz błagać o pomoc!

Wybiegła, trzaskając drzwiami.

Przez kilka dni telefon Katarzyny nie przestawał dzwonić. Rodzina, ciotki, wujkowie — wszyscy powtarzali to samo: „jak mogliście odmówić”.

A potem Lena przyszła sama.

Bez pukania. W drogim płaszczu, z pewnością siebie, której Katarzyna nie rozumiała.

— Serio odmówiliście? — rzuciła od progu.

— Lena, zdejmij buty.

— Nie będę nic zdejmować — prychnęła. — Mama powiedziała, że wszystko już zaplanowane. Ja idę do kliniki jutro.

Katarzyna spojrzała na nią zmęczonym wzrokiem.

— A pieniądze?

— No właśnie po to tu jestem — Lena skrzyżowała ręce. — Przelejesz.

— Nie.

Jedno słowo.

Cisza.

Twarz Leny stwardniała.

— Ty chyba żartujesz. Ja będę miała dziecko, a ty mi odmawiasz?

— Lena… to twoja decyzja, nie moja.

Wtedy eksplodowała.

— Zawsze byłaś zazdrosna! Zawsze! Teraz też! Bo ja będę matką, a ty tylko pracujesz i żyjesz nudnym życiem!

Chwyciła kubek ze stołu i rzuciła nim o ścianę. Porcelana rozprysła się po kuchni.

— Nienawidzę was!

Wybiegła.

Katarzyna stała długo w ciszy. Dopiero po chwili zaczęła zbierać odłamki szkła. Ręce jej drżały, ale w środku nie było już emocji. Tylko pustka.

Minęły miesiące.

Rodzice sprzedali działkę — jedyny większy majątek, jaki mieli. Pieniądze poszły na klinikę. Kontakt z rodziną się urwał, oprócz krótkich, pełnych pretensji wiadomości.

A potem minął rok i pół.

Igor i Katarzyna budowali dom pod miastem, powoli, krok po kroku, bez niczyjej pomocy.

Pewnego dnia zadzwoniła ciotka Zofia.

— Słyszałaś? Lena jest w ciąży. Bliźniaki.

Katarzyna milczała.

— Twoi rodzice… są w trudnej sytuacji. Ojciec pracuje jako ochroniarz, matka sprząta w stołówce. Wszystko stracili. Lena ciągle czegoś chce, ciągle narzeka…

Ciotka zawahała się.

— Może jednak byś im pomogła?

Katarzyna spojrzała przez okno na dom, który właśnie powstawał. Na Igora, który w ogrodzie mierzył coś taśmą. Na życie, które w końcu było spokojne.

— Nie — odpowiedziała cicho.

I rozłączyła się.

Nie było w tym gniewu. Nie było zemsty.

Była tylko świadomość, że niektórych historii nie da się już naprawić bez niszczenia siebie.

Wieczorem usiadła na tarasie. Wiatr poruszał świeżo posadzonymi drzewami. Igor przyniósł jej herbatę i usiadł obok.

— Żałujesz? — zapytał.

Katarzyna długo milczała.

— Nie — odpowiedziała w końcu. — Po prostu pierwszy raz nie jestem odpowiedzialna za cudze wybory.

I w tej ciszy, która przyszła po wszystkim, było coś nowego. Nie radość. Nie triumf.

Ulga.

Tak głęboka, że aż bolała.

Bedöm artikeln
( No ratings yet )
— Widzę, że temat nadal ten sam — powiedział spokojnie.